Nie tak dawno trafiła w moje ręce nie taka znów nowa książka Sylwii
Chutnik „Mama ma zawsze rację”. Zbiór felietonów, który adresowany jest –
co wynika z okładki – do każdej pani domu, w istocie powinien zostać
przeczytany przez każdego. Forma książki sugeruje lekkostrawność, treść –
już niekoniecznie. I nie chodzi tu o styl autorki czy też nudę, bo na
takową w książce się nie natkniemy. Chodzi raczej o kwestie poruszane na
łamach tegoż dziełka, kwestie różne, dla niektórych drażliwe,
zastanawiające i w swej brutalnej ocenie jakże prawdziwe.Na warsztat wzięta została Polska ksenofobiczna, pełna stereotypowych lęków, Polska wroga, niełaskawa i otumaniona, Polska nie dla kobiet, nie dla matek, ogólnie na nie. Ten wątek pojawia się w kilku felietonach. Chutnik słusznie dostrzega hipokryzję, która przebija spod niezbyt dobrze skrojonego płaszczyka tolerancji, łatanego hasłami typu „Dobro Dziecka”. W całej książce co krok odzywa się wrażliwość autorki na niesprawiedliwość, niezrozumienie dla braku miłości, niezgoda na kreowane przez człowieka zło i gniew spowodowany jego głupotą. Przykładem niech będzie tu Łajka, która nie chciała lecieć w kosmos, Ala, która chciała zostać kosmonautą i mama nucąca „ja jestem już zmęczona, ja jestem już zmęczony”.
I ten temat: kobiety, matki, żony (w kolejności zależnej od siły charakteru i czynników zewnętrznych), kury domowej czy gospodyni wysuwa się na miejsce czołowe. I takie zderzenie czołowe przypomina. Kobieta-matka kontra świat, kobieta-żona kontra mąż, gospodyni-tyran kontra rodzina, kobieta kontra „ja” kobiety. Jej zmagania z depresją poporodową, radość z posiadania potomka, strach przed utratą dorosłego dziecka, ciągła walka o rodzinę, dla rodziny, później odszukiwanie swojego „ja” w mrokach niepamięci, które spłonęło na ołtarzu samopoświęcenia. Ale to też książka o sile przytulania i uzdrawiającej mocy dotyku, słodkim ciężarze macierzyństwa, spektaklach odgrywanych przez dzieci, które doprowadzają rodziców do lewitacji, które to dzieci mimo wszystko napełniają świat dorosłych sensem i miłością. A oto jeden z moich ulubionych fragmentów książki:
„Po co płacić niebotyczne sumy za weekend z relaksacją i wschodnim mistrzem – mamy dziecko, mamy Mistrza Transcendencji Posiłku, którego święta sylaba blee otwiera nam drogę do zbawienia. W czasie tak błahej czynności jak jedzenie możemy dotknąć niewypowiedzianego, poznać absolut, obcować z magiczną codziennością obleczoną tajemnicą. […]
Tymczasem Bruno przeżuwa, cmoka, trawi. Oczy są już półprzymknięte ze zmęczenia, ale dzięki temu nie widzą, co jedzą. A jedzą nic.
Cokolwiek znajdzie się nabite na widelcu, zaraz spada z powrotem na talerz. Umorusana buzia nie jest w stanie otworzyć się na czas, więc ostrze sztućca wbija się w napełniony policzek. To powoduje odruch natychmiastowego opróżnienia zapasów z ust i cała ich zawartość wlatuje na talerz. Z powrotem”.
Smak felietonów Chutnik jest słodko-gorzki – i uśmiechnąć się można, i zadumać, i zasmucić. Szczerze polecam każdemu, kto chce spojrzeć na świat głębiej, świadomiej, pełniej. Albo przekonać się, że są wśród nas ludzie, którzy dostrzegają to, co my. I do tego – na szczęście – piszą o tym otwarcie i z mocą!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz